Litmanowa

Położona po słowackiej stronie przełęczy Rozdziela jest celem pielgrzymek ze Słowacji i Polski.

 

 

Objawienia

W 1990r. dwom dziewczynkom zaczęła objawiać się Matka Boska...

 

 

...Litmanowska

Wiara i modlitwa czynią cuda.

 

 

Jedna z pątniczek

Stroje, które trudno by znaleźć po polskiej stronie Eliaszówki.

 

 

 

 

Dotyk anioła

 

Litmanowa widok ogólnyChociaż minęło już parę ładnych lat, wypadki które tu opisuję ciągle nie dają mi spokoju. Nieraz budzę się w środku nocy, próbując sobie objaśnić rzeczy, których najwyraźniej mój umysł pojąć nie może.

Zaczęło się pewnej słonecznej niedzieli na początku maja, kiedy wybrałem się na kolejną wędrówkę beskidzkimi szlakami. Tym razem celem mojej wędrówki miała być Litmanowa - niewielka wioska słowacka, położona około godziny marszu od przełęczy Rozdziela.

 

O Litmanowej usłyszałem po raz pierwszy jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to nasz proboszcz karcił chłopów z ambony i przestrzegał, aby nie skracali sobie drogi poprzez zieloną granicę, kiedy udają się z pielgrzymką na miejsce rzekomych objawień Matki Boskiej na zboczu góry Zvir, położonej gdzieś w połowie drogi pomiędzy Litmanową a szczytem Eliaszówki. Dobrze zapamiętałem tą troskę proboszcza o zdrowie swoich parafian i postanowiłem trzymać się szlaku turystycznego.

Kiedy wysiadłem na ostatnim przystanku, Sucha Dolina spowita była we mgle. Od czasu do czasu mijał mnie jakiś przechodzeń spieszący, jak się domyślałem, na mszę poranną w kościele w Kosarzyskach. Na Obidzy odbiłem na niebieski szlak, prowadzący do Szczawnicy pasmem górskim dzielącym las na polski i słowacki. Brnąłem może przez dwa pacierze po rozmokłej drodze, kiedy przed sobą, w odległości na dwa rzuty kamieniem zobaczyłem czarną postać dziewczyny poruszającą się w tym samym kierunku. Nieraz wędrując spotykałem samotne turystki, podziwiające piękno beskidzkiego krajobrazu, lecz tym razem nieco się zdziwiłem, gdyż dziewczyna ubrana była na czarno i nie był to wcale strój turysty. Czarne buty, czarne spodnie, coś w rodzaju kurteczki. Czarny pasek torebki zasłaniały czarne, długie włosy. Kiedy do niej doszedłem i powiedziałem dzień dobry, nie wydawała się być zaskoczona, chociaż jestem pewny, że nie zauważyła jak się skradam, będąc zajęta omijaniem błota i kałuży. Dowiedziawszy się, że wędruję do Litmanowej, ucieszyła się i zapytała czy może mi towarzyszyć. Naturalnie, że mogła. Chociaż jak wielu innych szukam w górach samotności i moja fizjonomia może wydawać się innym podejrzana, sposób w jaki się zapytała, wydał mi się jakiś dziwny, tajemniczy. Gdy zapytałem ją czy nie lęka się towarzyszyć bądź co bądź nieznajomemu facetowi, nie odpowiedziała nic a tylko się uśmiechnęła.

 

Przekroczyliśmy granicę na Przełęczy Rozdziela i wąską ścieżką wijącą się wśród traw, miejscami podmokłą, schodziliśmy do Litmanowej. Tu i ówdzie widać było opuszczone, drewniane domy, których właściciele albo pożegnali już ten świat albo udali się przed laty za szeroki ocean w poszukiwaniu lżejszego chleba.

Widok na Przełęcz RozdzielaMoje pytanie o cel wędrówki uradowało ją niezmiernie. Powoli, najpierw nieśmiało, zaczęła obnażać swoją duszę. Duszę, która przypominała rynek miasteczka. Na środku rynku znajdował się Bóg, a poza rynkiem żadnych uliczek nie było. Nie tylko tematy ale sposób w jaki wyrażała swoje uczucia oczarowały mnie. Nigdy przedtem nie spotkałem kogoś, kto by tak pięknie potrafił mówić o sprawach wiary. Sam nigdy zbyt religijny nie byłem, a w ostatnich latach coraz bardziej oddalałem się od kościoła. Czy był to rezultat własnych przemyśleń, lektury czy też zwyczajnego wygodnictwa, trudno jest mi jednoznacznie ocenić. W swoim czasie wiele czytałem i znałem wiele pikantnych szczegółów na tematy religijne. Wiara moja przypominała fasadę pięknie odrestaurowanego domu, w którym brakowało ogniska. Ona zaś cała przypominała ognisko, dom, w którym na ściany już nie starczyło miejsca. Przyszło mi do głowy, że gdyby los przed laty nas złączył, moglibyśmy stanowić doskonałą budowlę. Moglibyśmy.

Gawędząc, doszliśmy do Litmanowej i koło krzyża skręciliśmy do miejsca objawień Matki Boskiej Litmanowskiej. Kiedyś przed laty natknąłem się na jakiś obrazek z jej podobizną. Z twarzy jej bił smutek, przeplatany z nadzieją i oczy jakby patrzące w pustkę, której nie było. Było to dzieło jakiegoś pośledniego artysty i może dlatego wzbudziło we mnie taki niepokój.

 

Minąwszy setki samochodów i autobusów z różnych zakątków Słowacji i Polski, znaleźliśmy się pod górą Zvir i zaczęliśmy się wspinać ku polance, na której zbudowano kaplicę upamiętniającą rzekome objawienia Matki Boskiej dwóm dziewczynkom. Mijaliśmy ludzi różnego pokroju i wieku. Stare babcie owinięte w chusty podobne do tych, jakie moja babcia strzegła jak oka w głowie, zamykając je na kłódkę w drewnianej skrzyni zwanej "safarnią", stały w cieniu drzew i przesuwały paciorki różańca. Kobiety w średnim wieku poruszały się na kolanach w kierunku drewnianego krzyża. Długa kolejka u źródła pragnących napełnić naczynia wodą życia jakby się mogło zdawać. Pomyślałem wtedy, że w gruncie rzeczy ważne jest nie to, czy objawienia wydarzyły się naprawdę ale fakt, że ludzie wierzą i że jest im dobrze, kiedy wędrują przez życie, poszukując prawdy. Spory exegetów, które śledziłem na łamach jakiegoś niemieckiego czasopisma dotyczące autentyczności Jezusa wydały mi się w świetle tego co tam ujrzałem, małoznaczące, akademickie, wręcz pochodzące z innej planety.

Usiedliśmy na polanie, wyciągnąłem wikt i zaproponowałem mojej towarzyszce. Odmówiła. Zapytała tylko, czy mógłbym pozostać do godzin popołudniowych, kiedy to mszę odprawiać będzie polski ksiądz, bo znam drogę na skróty do przejścia granicznego w Mniszku, ponieważ powrót tą samą drogą, którą przyszliśmy będzie już po południu niemożliwy. Skąd wiedziała, że znam. Znałem również jeszcze krótszą drogę, drogę kurierów beskidzkich, którą przed laty odradzał nam nasz poczciwy proboszcz.

 

Ołtarz w kaplicy na miejscu objawieńPo mszy, z której pamiętam tylko, że ksiądz pomylił psalm 26 z 23, ruszyliśmy w drogę powrotną, prowadzącą poprzez polany i lasy, żywo rozmawiając. Lubiłem zawsze o sobie mawiać, że należę do ludzi, których ani karczma nie zepsuje ani kościół nie naprawi. Wiedziałem, że nie zmienię swoich przyzwyczajeń i poglądów. A jednak z przyjemnością słuchałem jej wywodów i wcale nie jestem pewien czy to ze względu na ich treść czy przepiękne brzmienie jej anielskiego głosu. W każdym razie ani się obejrzałem kiedy minęliśmy miejscowość słowacką Mytne i zmierzaliśmy drogą do Mniszka nad Popradem. Kiedy dochodziliśmy do przejścia granicznego zapytała nagle, czy może mnie pocałować i zanim zdziwiony zdołałem cokolwiek powiedzieć, zbliżyła się i pocałowała mnie w policzek. "Odwiedź mnie kiedy" dodała.

Pomyślałem, że kupię jej jakąś pamiątkę w jednym z tych sklepów przy przejściu granicznym, które wyrosły w ostatnich latach jak grzyby po deszczu. Kiedy wyszedłem ze sklepu nigdzie jej nie było. Szukałem, pytałem przez 2 godziny ale nikt jej nie widział. Nawet oficer dyżurny nie pamiętał aby ktoś o takim wyglądzie przekraczał granicę.

Słońce chyliło się ku zachodowi kiedy samotnie maszerowałem do Piwnicznej. Wkładając bilet do kieszeni, ręka moja natrafiła na coś aksamitnego. Była to podobizna Matki Boskiej na zielonym tle na kawałku miękkiego materiału. Z drugiej strony był numer telefonu.

 

Kaplica na miejscu objawieńStarsza pani podniosła słuchawkę i bezradnym głosem oznajmiła: "proszę pana moja córka nie żyje". Skamieniałem. "Zginęła rok temu, ..w wypadku, ...na Słowacji. Nie słuchałem co dalej mówiła, powoli odłożyłem słuchawkę. Przed oczami przesuwały mi się obrazy  minionego dnia.

Bez trudu odnalazłem miasteczko, w którym mieszkała, w nim cmentarz a na nim mogiłę, w której spoczywała. I chociaż nigdy tam nie byłem, czułem się tak, jakbym znał tam każdy kąt. Z kamienia spoglądała na mnie twarz dziewczyny i wydawało mi się, że się do mnie uśmiecha. Po imieniem widniała data jej śmierci. Dokładnie rok przed naszym spotkaniem w górach. Przypomniały mi się jej ostatnie słowa. Czy o takie odwiedziny jej chodziło?

 

W maju po raz kolejny udam się na wędrówkę do Litmanowej. Może tym razem ...

 

M.D.

 

 

 
home