![]() |
||||||
|
||||||
|
Wilk
Na szczęście zapomniano o dolinie potoku Wierchomlanki, ciągnącej się od mostku przy skręcie na Małą Wierchomlę aż niemalże do czerwonego szlaku prowadzącego z Krynicy do Rytra. Dolina ta, swoim urokiem dorównująca dolinie rzeki Roztoczanki, w przeciwieństwie do tej ostatniej rzadko odwiedzana jest przez turystów. Czasami tylko jakiś przybysz czy też kierowca udający się do stacji narciarskiej pomyli drogę i zapędzi się kilkaset metrów dalej, po czym jakby czymś przestraszony pośpiesznie zawraca, zadowolony że odnalazł właściwą drogę.
Wejścia do tej pięknej doliny strzeże kapliczka - głaz postawiona jeszcze przed "Wiosną Ludów" w Europie. Pokolenia robotników leśnych - wozaków i drwali, ściągało przed nią czapki i chwaliło imię Pana Boga, udając się do pracy w lesie, będącej dla nich jedynym źródłem utrzymania. W okresie powojennym zbudowano mostki i umocniono drogę prowadzącą jakby się mogło zdawać do nikąd. Gdy nastawała pora tzw. "sadzonek" i pielęgnacji lasu, do pracy najmowano zwiększoną liczbę ludzi, najczęściej chłopów z sąsiednich miejscowości, którzy zazwyczaj nie wracali do domu na noc, lecz nocowali w wybudowanych barakach. Panowały tam spartańskie warunki i przeważnie roiło się od wszy i innego paskudztwa. Do dziś pamiętam jednego z owych ludzi, którzy poświęcili pracy w lesie całe swoje życie. Misiu - bo tak go zwano - miał 2 ubrania: jedno "kościelne", drugie do "roboty" - służbowe, zielone. W tym oto zielonym ubraniu i z siekierką w ręku go zapamiętałem, kiedy auto przywoziło go na niedzielę do domu, a ja jako mały chłopiec zaglądałem do szoferki poprzez uchyloną szybę.
Minąwszy kapliczkę poruszałem się w górę rzeki Wierchomlanki, w koło nie było żywego ducha, albo tak mi się wydawało. Droga wiła się wzdłuż doliny przechodząc raz na lewy raz na prawy brzeg potoku. Z prawej i z lewej strony dochodzące strumyki dbają o to aby pstrągi w Wierchomlance nie osiadały na mieliźnie. Kiedy poruszałem się wzdłuż granicy rezerwatu Lembarczek zaczęło ogarniać mnie dziwne uczucie. Wydało mi się oto, że słyszę głosy wozaków przeklinających swoje konie. Gdzieś z oddali dochodziły głosy chłopów wylewających swoje żale i wymawiających sobie nawzajem zaszłe urazy tak, jak to nieraz robili po wypiciu któregoś tam "Patykiem Pisane" za 19 zet przy naszym beskidzkim sklepie. Poczułem się dziwnie i trochę przestraszony postanowiłem zawrócić i skrócić drogę do czerwonego szlaku. Przeszedłem na prawy brzeg Wierchomlanki, ale droga, która prowadziła najpierw wzdłuż jej brzegu zakończyła się nagle u wylotu innego potoku. Nie wahając się postanowiłem iść dalej. Powoli, przeskakując z kamienia na kamień poruszałem się w górę potoku omijając powalone drzewa i pniaki. Po około 20 minutach doszedłem do malowniczej polanki. Zaświeciło słońce, głosy ucichły i dziwne uczucie bliskości czegoś nadprzyrodzonego zaczęło mnie opuszczać kiedy nagle w trawie w odległości paru kroków zobaczyłem go. Słał i patrzył na mnie. Nie uciekał. Obydwaj wymieniliśmy spojrzenia, lecz ręka moja, która w pierwszej chwili odruchowo poszukała noża myśliwskiego u mego boku, powoli opadła. Zrozumiałem. Wilk był chory. Był to co najwyżej dwuroczny samiec. Był skrajnie wycieńczony.
Do domu wróciłem w wilczym nastroju.
M.D.
|
|||||
|